Bartosz Janowski o Bike Maratonie
12.05.2014

Wiosna w pełni. Świadczy o tym coraz większa ilość słońca, ciepła rowerowa pogoda, wszechobecna bujna zieleń i kwitnące rzepaki.  Żółte rzepakowe pola już na stałe wpisały się w krajobraz Polski. Można powiedzieć, że kształtują również klimat Zdzieszowickiej imprezy Bike Maratonu.

Okalająca Górę Świętej Anny trasa w wielu miejscach biegnie wzdłuż malowniczych upraw. Dzięki temu podczas przemierzania krętych szlaków startujący nie mogą narzekać na brak barwnych widoków. Koloryt okolicy umila również obserwację wyścigu licznie zgromadzonym na trasie kibicom oraz fotografom.

Na starcie Bike Maratonu zjawiłem się, jako jedyny reprezentant Romet Teamu. Reszta drużyny wybrała się do Złotego Stoku by tam rywalizować w ramach MTB Marathonu.
Lubię startować w Zdzieszowicach. W prawdzie trasa tego wyścigu odbiega od górskich standardów – jest łagodniejsza, nie ma na niej skrajnie trudnych terenowych trudności, czy ogromnej ilości podjazdów, jednak swoim charakterem przypomina mi ścieżki, na których trenuję w Krakowie, których pokonywanie zawsze przynosi mi wiele satysfakcji. Dystans Giga, na którym starowałem wynosił ok. 70km, znajdowało się na nim ok. 1600 metrów przewyższenia.

 Praktycznie od samego startu, tempo jazdy było szybkie. Już od pierwszych metrów rozgrzewkowego podjazdu, prowadzącego asfaltem na górę Świętej Anny zaczęły się ataki. Zawodnicy zaczęli walczyć między sobą o objęcie prowadzenia. Starali się rozciągnąć i porozrywać jadący jeszcze w jednym kawałku peleton. Trzymałem się cały czas z przodu grupy, co ze względu na dynamikę sytuacji kosztowało mnie trochę sił. Bardzo uważałem. W początkowych minutach wyścigu było bardzo tłoczno i o kraksę nie było trudno, o czym przekonało się kilku nierozważnych kolarzy szlifujących asfalt. Pod koniec podjazdu podkręciłem mocniej tempo. Wstępne terenowe fragmenty pokonałem na pierwszym miejscu. Po kilku kilometrach jazdy wypracowałem kilku sekundową przewagę, którą wraz z dystansem powiększałem.  Za mną podążała trzyosobowa grupka w składzie Mariusz Kozak, Mariusz Gil oraz Piotr Kurczab. Pomimo moich starań, cały czas znajdowałem się w polu widzenia rywali. W połowie pierwszej rundy mocno pracująca trójka pościgowa zniwelowała stratę i dogoniła mnie. Kolejne kilometry pokonaliśmy razem. Na ostatnim podjeździe pierwszej rundy kolejny raz objąłem prowadzenie. Od tego momentu, do końca wyścigu pracowicie i skutecznie wyrabiałem przewagę. Pędziłem Rometem Monsunem najszybciej jak tylko potrafiłem, z całych sił kręcąc korbami. Na mecie zameldowałem się na pierwszym miejscu.