CYKLOKARPATY Z WIDOKIEM NA TATRY

30.06.2016

W miniony weekend Zakopane przeżyło prawdziwe oblężenie kolarskie za sprawą Joy Ride Zako Days 2016! Romet Racing Team zjawił się u podnóża Tatr wyjątkowo w czteroosobowym składzie. Nasi kolarze wystartowali w maratonie, który stanowił 6 edycję serii Cyklokarpaty. Jak zawsze ściganie przyniosło masę pozytywnych wrażeń! Wszyscy zgodnie przyznają, że dla satysfakcji z pokonania tak wymagającego wyścigu i dla tak genialnych widoków warto było się trochę pomęczyć! A można było się na prawdę solidnie wycieńczyć gdyż trasa zawodów miała charakter typowo kondycyjny z długimi wymagającymi podjazdami. Swoje trzy grosze dorzuciła też upalna pogoda wyciskająca z kolarzy po prostu ostatnie poty!

Romet Racing Team finisz zlokalizowany na Polanie Szymoszkowej osiągną na czołowych pozycjach. Bartosz Janowski na górskiej trasie czuł się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Od startu utrzymał bardzo dobre tempo jazdy i metę dystansu Giga przekroczył, jako 1 zawodnik Open. Na pętli półmaratonu, czyli Mega, dzielnie powalczyły nasze panie. Katarzyna Polakowska finiszowała, jako 2 w kategorii wiekowej K3 - 4 miejsce Open w gronie kobiet, Kamila Biernat była 4 w K3, a Open wśród pań uplasowała się na 8 pozycji. Wyścig już na pierwszym zjeździe zakończył się pechowo dla Dominika Grządziela, któremu leżąca na trasie gałąź urwała tylną przerzutkę. Nasz zawodnik pogodził się szybko z niefortunną sytuacją i na kolejny maraton zapowiedział eksplozję zmagazynowanej w nogach energii :)

Wrażenia naszych kolarzy z Zakopanego:

Bartosz Janowski – 1 miejsce Open na dystansie Giga (65 km)

„Cyklokarpaty kolejny raz w tym sezonie zawitały na moje ulubione Podhale! Tym razem przyszło mi się zmierzyć z maratonem zlokalizowanym bezpośrednio w zimowej stolicy Polski, czyli w Zakopanem, co tu dużo mówić miejscówce po prostu kultowej. Dla mnie osobiście również sentymentalnej z tego względu, że za młodu przyjeżdżałem tu z rodzicami na ferie :). Muszę podkreślić, że swoją przygodę z wyścigami zaczynałem właśnie na Podhalu od wyścigów XC z cyklu Euroliga Tatry MTB 2003, w tym miejscu pozdrowienia przesyłam dla pana Jacka Jaworskiego :), który swoimi imprezami zaszczepił we mnie bakcyla do prawdziwego MTB w górach. Każdy, kto jeździł na „Eurolidze” i każdy, kto zna pana Jaworskiego i pamięta jego imprezy ten wie, skąd u mnie tyle sentymentu i pasji :). Oczywiście była to dla mnie dodatkowa motywacja gdyż mogłem poczuć i przypomnieć sobie jak to było za dawnych lat. Ahhh ten oldschool’owy dreszczyk emocji na zawsze pozostanie w głowie. Trochę szkoda tylko, że rowery się odrobinę od tamtych czasów pozmieniały ;)

Trasa maratonu była typowo podhalańska, czyli bardzo kondycyjna.  Nawierzchnia zmienna od dróg pokrytych gęsto dużymi kamieniami otoczakami, przez niekończące się łąki, kilka leśnych singli, trochę płyt i asfaltów. Zazwyczaj asfalty są najłatwiejszym fragmentem maratonów a tym razem w tej kwestii było chyba jednak na odwrót i to one wyciskały ze startujących największą ilość energii za sprawą buchającego z nich żaru. Upał był niezmierny a większa część trasy wiodła w terenie odkrytym przez to każdy podjazd był prawdziwym wyzwaniem a właśnie najgorsze katusze zapewniały te asfaltowe fragmenty :). Za to na widoki nie można było narzekać!

Od startu jechało mi się bardzo dobrze. Forma wyraźnie dopisuje, więc narzuciłem równe mocne tempo, pilnowałem systematycznego nawodnienia, dostarczania energii, schładzałem się wodą z kubeczków na bufecie, szybko i sukcesywnie pokonywałem dystans i metę Giga osiągnąłem na pierwszym miejscu Open. Na podjazdach kręciło mi się bardzo dobrze, ale w dół też miałem dobry feeling i powalczyłem :). Zjazdy pokonywałem wypracowaną prze lata startów w maratonach moją własną dobrą prędkością przelotową. Downhillowe segmenty na Stravie pokazały mi tymczasem jasno, że rekordów nie pobiłem, z drugiej strony dużo też nie traciłem i może właśnie dzięki temu bezproblemowo i płynnie dojechałem do mety. W górach niestety często ze sprzętu lecą drzazgi, o czym w Zakopanem przekonało się wielu rywali gdyż defektów po prostu nie brakowało. Według starych kolarskich prawideł wyścigi wygrywa się na podjazdach, chociaż współczesna praktyka pokazuje, że również zjazdy są istotne. W tym miejscu nasuwa mi się refleksja, że na maratonie MTB w prawdziwych górach elementem sukcesu jest też właśnie prędkość na zjazdach jednak nie ta maksymalna lecz wyważona i bezpieczna. Temat ewentualnie do przedyskutowania w komentarzach, ciekawy jestem, co o tym myślicie :)”

Katarzyna Polakowska – 2 miejsce w kategorii K3 (4 Open Kobiet) na dystansie Mega (43 km)

Zakopiańska edycja Cyklokarpat była dla mnie okazją do spędzenia weekendu w stolicy polskich gór, odwiedzenia nowej miejscówki zawodów, ale również małym przerywnikiem i odmianą od szosowych tras i zawodów, jakie wypełniają od kilku tygodni mój kalendarz. Za kilka dni czeka mnie szosowy start w Mistrzostwach Małopolski, więc zakopiański maraton, choć dość trudny i ciężki, miał być towarzyską przerwą pomiędzy szosowymi mistrzostwami mastersów kraju, a wojewódzkimi. Przy okazji tej edycji, mogłam również spotkać kolegów z drużyny, którzy odwiedzają regularnie ów cykl, jak i niejako uczestniczyć w święcie rowerowym, jakim był festiwal JoyRide, trwający tu kilka dni. Nigdy dotąd nie jeździłam rowerem górskim po okolicach Zakopanego, więc nadarzyła się okazja do nadrobienia tej zaległości. Do startu podeszłam spontanicznie i z ciekawością, jak sobie poradzę na trasie. Od kilku tygodni moje treningi były skupione wokół charakterystyki szosowej, płaskich interwałów, tempówek na szybkość, czy sprintów, które przygotowały mnie pod cel sezonu, jakim były szosowe Mistrzostwa Polski. Tak wiec start w Cyklokarpatach był moim pierwszym od dłuższego czasu górskim maratonem mtb, do którego przystąpiłam z marszu, bez żadnych przygotowań. O ile na pierwszym podjeździe pod Gubałówkę czułam się nieźle i wjechałam pierwsza z kobiet, tak jak nastał pierwszy terenowy, techniczny dla mnie zjazd, braki objeżdżenia w ostatnim czasie na tego typu nawierzchniach zaczęły dawać o sobie znać i już tak łatwo nie było. Na resztę trasy wrzuciłam tzw. swoje bezpieczne na te warunki tempo, które utrzymywałam do mety. Za to jazda po terenowych ścieżkach z panoramą na Tatry – to było coś! Bardzo urozmaicone i malownicze trasy pod Zakopanem dawały sporo frajdy i chętnie tu wrócę z górskim rowerem na spokojnie po sezonie, pojeździć po okolicach choćby na wolny weekend. Moim małym planem na ten start było również dać nogom solidny górski bodziec treningowy, gdyż niebawem czeka mnie kilka wyścigów szosowych o takim charakterze i to też zostało zrealizowane z nawiązką. Ten sezon głównie skupiam wokół startów na szosie, ale kilka maratonów mtb planuje jeszcze wrzucić pod koniec sezonu.”

Kamila Biernat – 4 miejsce w kategorii K3 (8 Open Kobiet) na dystansie Mega (43 km)

Mimo, że przyjechałam tu raczej gościnnie i bez ciśnienia na wynik, start ten mogę uznać za dość pechowy. Jazda z ostatniego sektora i postój w mega korku pod Gubałówkę, gdyż droga została zastawiona przez duży samochód terenowy, cofający prąd i niezważający na grupę. Próba wyminięcia ludzi błotnistymi ścieżkami kończy się zablokowaniem napędu i przymusowym płukaniem z bidonu, który szybko się opróżnił, więc następne kilometry mijały mi na wypatrywaniu zbawiennego bufetu. Potem pogoń za kolejną rywalką i zgubienie trasy na zjeździe. Wymagająca maraton nie dawał złudzeń, że będzie łatwo, do tego żar lejący się z nieba nie ułatwiał sprawy, gdzie średnia temperatura na Garminie wskazała mi 36 stopni.., ale nie zapominam, że nawet najgorszy start jest świetnym treningiem! Nabrałam doświadczeń, konkretnie objechałam nogę w terenie, jak i na podjazdach oraz poćwiczyłam technikę zjazdów, w pięknym tatrzańskim krajobrazie, więc następnym razem na pewno będzie lepiej!”

Dominik Grządziel – po pechowym defekcie wycofał się ze zmagań

A miało być takie pięknie: rozrywamy z Bartusiem stawkę na 1 podjeździe, odjeżdżamy rywalom, ciśniemy miliony watów wspólnie, on jedzie na drugą pętlę, a ja zwycięski na metę mega! :) WRÓÓÓĆ… Rozrywamy z Bartusiem stawkę na 1 podjeździe, odjeżdżamy rywalom i… łapię na 1 zjeździe w tylne koło konar grubości nadgarstka, który wyrywa mi przerzutkę z ramy – dosłownie! Koniec jazdy, można przysiąść na pieńku i pooglądać jak jadą inni…! :/ Co zrobić, taki urok kolarstwa górskiego. Była przysłowiowa noga, zabrakło szczęścia. Na tym można by zakończyć relację z Cyklo w Zakopanym, ale jedna rzecz zasługuje na wspomnienie. Jak sobie siedziałem na wspomnianym pieńku popijając pomarańczowego Izoplusa ok. 80% mijających mnie kolarzy pytało, czy wszystko ok i czy nie potrzebuję pomocy! To bardzo budujące, że gdzieś tam w ferworze walki z rywalami i trasą zawodnicy widzą jednak kogoś, kto być może potrzebuje pomocy i są chętni tą pomoc zaoferować! Brawo dla Was wszystkich! :)

PS: Rower już naprawiony, przerzutka dostała nowy przeszczep, a ja jestem nakręcony na maraton w Pruchniku jak nigdy! :D”

Zdjęcia: Cyklokarpaty – Wiktor Bubniak 

wstecz
700D