EPICKIE ŚCIGANIE W KLUSZKOWCACH

25.05.2016

Zdarzają się takie wyścigi MTB, które na długo pozostają w pomięci uczestników. Do ich grona niezaprzeczalnie dołączyła trzecia tegoroczna edycja serii Cyklokarpaty startująca z podnóża góry Wdżar w Kluszkowcach. Wyścig rozgrywany w ramach festiwalu rowerowego Joy Ride zostanie zapamiętany z powodu trudnej górskiej trasy oraz wyjątkowo wymagających błotnistych warunków panujących na ścieżkach. W trakcie rywalizacji kolarze nie mogli podziwiać w pełni pocztówkowych widoków rozciągających się na Tatry, które tym razem były gęsto przysłonięte szarymi chmurami, jednak satysfakcja z osiągnięcia mety w tak trudnym wyścigu w pewnym stopniu nagrodziła wszystkim tę niedogodność.

Romet Racing Team wyjątkowo w Kluszkowcach miał reprezentantów na trzech dystansach. Kamila Biernat, Maciej Jeziorski oraz Bartosz Janowski spisali się świetnie, walecznie pokonali wszelkie czające się na trasie trudności i niebezpieczeństwa!

Kamila Biernat – 1 miejsce w kategorii K3 (2 OPEN) na dystansie HOBBY

„Ze względu na infekcje, która dopadła mnie kilka dni przed wyścigiem, zdecydowałam się na start na dystansie Hobby. Krótka, ale szybka i bardzo interwałowa trasa dała mi w kość a obfite opady deszczu zapewniły dużo zabawy w błocie. Mimo, że nie przepadam za mokrymi warunkami spodobały mi się przejazdy przez strumienie, które świetnie czyściły rower i mnie :) Strome podjazdy wchodziły w nogi, ale zjazdy wynagradzały trud wspinaczek. Podczas wyścigu kilka osób powiedziało, że jestem pierwszą dziewczyną na trasie, przez co trochę się rozluźniłam i starałam się kontrolować sytuację za mną. Na metę jednak dojechałam, jako druga dziewczyna open i pierwsza w kategorii. Na przyszłość mam nauczkę, że na MTB trzeba cisnąć do samego końca ;)”

Maciej Jeziorski – 2 miejsce OPEN na dystansie MEGA

„Na  maratonie w górach dawno nie startowałem. Już nie pamiętam, kiedy to było...więc skorzystałem z dużej zalety prowadzenia bloga i sobie sprawdziłem - 10.06.2012 – Cyklokarpaty w Wierchomli. 4 lata - czas szybko leci :)

Cyklokarpaty w Kluszkowcach były "podpięte" pod Joy Ride Bike Festival.

Spora impreza, na której dużo się dzieje - zawody w różnych odmianach kolarstwa górskiego, wyścigi dla dzieci, pokazy filmów i targi sportowe.  Wystawiało się wiele firm z branży rowerowej, w tym oczywiście Romet. Wypadało się pojawić ;)

Start maratonu oczywiście był mniej nerwowy niż na XC. Ogólnie, atmosfera bardziej luźna. Już po pierwszym, dość krótkim podjeździe, utworzyła się kilkuosobowa prowadząca grupka. Później szybki zjazd, wjazd na asfalt i trochę zamieszania związanego z ruchem drogowym. Kolejny podjazd, szybka selekcja - zostaliśmy w piątkę - Mateusz Zoń, Karol Rożek, Wojtek Kwiatek, klubowy kolega - Bartek Janowski i ja. Moje samopoczucie - raczej słabe. Nogi po ściganiu z dnia wcześniejszego mało chętne do jazdy. Nie dziwię im się. Zazwyczaj dzień po ściganiu mają luz. Teraz nie. Może jeszcze "puszczą" Jedziemy dalej. Grupa się rwie, zostajemy w trójkę - Karol, Bartek, ja. Mateusz i Wojtek lekko w tyle. Warunki całkiem znośne - mokro, trochę błota, ale da się jechać. Stromo, chwilami bardzo. Karol Rożek ładnie jedzie. Znam gościa - wiem, że słaby nie jest. 3 tygodnie mieszkaliśmy razem w Calpe. Nie zrobił ani jednego dnia regeneracji. Jadł tylko owsiankę. Spał 12h/dobę. (może lekko przesadzam, ale wcale nie tak bardzo). Jak widać, dobrze to wszystko na niego zadziałało. Jedzie lekko, na fajnej kadencji. Ja się męczę. Moja kadencja już mniej fajna - napęd 1x11 - nie na takie wyprawy. Zostaje kilka metrów za Karolem.  Rozjazd Mega (ok.50km)/Giga (ok.80km) - Bartek w lewo, my prawo.

Podjazd ciągnie się dalej. Karol powiększa przewagę. Wypłaszczenie, kilka krótszych hopek. Nareszcie dłuższy zjazd - można trochę odpocząć. Oj dawno sobie tak nie pozjeżdżałem. Porównując do XC - inna bajka. Jedziesz szybko, nie wiesz gdzie, nie wiesz, co jest za zakrętem. Miejsca nie znam. Nigdy tu nie byłem. Niby oznakowanie jest - wykrzykniki i te sprawy, jednak dalej niewiele wiem. Można jechać 20km/h, a można 40km/h. Ja staram się szybciej. Wyjazd z lasu, wjazd na asfalt i wypłaszczenie. Widzę Karola - mam jakieś 30sek straty. Zaczyna się kolejny podjazd. Nogi chyba trochę lepsze. Tak jakby oswoiły się z myślą, że trzeba dziś popracować. No to ciśniemy.

Póki podjazd był w miarę łagodny, szło całkiem dobrze. Strata do Karola podobna. Jak tylko zrobiło się sztywno - kadencja 50, mniejszych przełożeń brak. Zapiek w nogach gwarantowany. Karol znów powiększał przewagę. Co gorsza, za plecami pojawił się Mateusz Zoń. Słabo. Trzeba mocniej depnąć. Wjazd na jakiś szczyt. Nie wiem, co to była za góra, ale widok fajny. Dalej jazda granią, jeżeli to można tak nazwać. Kilka krótszych podjazdów, chwilami bardzo sztywnych. Trochę przypominało ściganie xc - poczułem się lepiej. Znów widzę Karola. Strata wcale nie tak duża. Chwilę za mną wciąż jechał Mateusz.

Działo się - fajnie. Dłuższy zjazd. Pod koniec dość trudny - dużo luźnych, sporych kamieni. Jechałem dość szybko. Kontrola nad rowerem marna, jednak czuje się komfortowo. Dziwne, ale tak właśnie jest. Chyba lubię takie zjazdy. Ominąłem Karola. Myślałem, że coś mu się stało. Wyglądał jednak ok. Jak mi później wytłumaczył - pompka z kieszeni mu wypadła. Musiał się zatrzymać i ją wziąć ze sobą. Chyba jest do niej przywiązany.

Ja jechałem swoje. Po zjeździe miałem dość dużą przewagę. 30sek, może trochę więcej. Przejazd nad strumykiem, chwila płaskiego i zaczynam kolejny podjazd - ostatni konkretny. Idzie podobnie jak wcześniej. Póki nachylenie umiarkowane - ok. Zrobiło się stromo - nie ok. Karol mnie dogonił. Chwilę później odjechał. Mocny chłop. Owsianki chyba muszę jeść więcej, albo spać dłużej. Najlepiej jedno i drugie.

Już do samej mety męczyłem się sam ze sobą. Co jakiś czas oglądałem się za siebie, czy przypadkiem nie goni mnie Mateusz. Nie gonił. Ściganie ukończyłem po prawie 3h jazdy. Brudny, szczęśliwy, ujechany.

To był fajny, ciężki maraton. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się aż tak trudnej trasy. Wiedziałem, że będzie sporo podjeżdżania, ale żeby aż tak sztywnego? :) Chwilami naprawdę bolało. Moja dyspozycja średnia, choć niczego innego się raczej nie spodziewałem.”

Bartosz Janowski  – 1 miejsce OPEN na dystansie GIGA

„The show must go on! Akcja zaczęła się na dwa dni przed startem, gdy zaczął lać deszcz :). W planie na niedzielę miałem 82 kilometry maratonu Cyklokarpaty startującego z Kluszkowców, zapowiadała się, więc ostra jazda w Gorcach :). Niby do kozaków świat należy, jednak do takiego wyzwania postanowiłem się trochę przygotować, a nie podchodzić na przysłowiowe „hura!”. Do roweru powędrował przedni błotnik, w napęd wlałem mnóstwo oleju i zamontowałem dobre opony na koła. Dobór odpowiedniego bieżnika spędza zawsze sen z powiek wszystkim zaprawionym w bojach maratończykom-forumowiczom :) Sam też postanowiłem zasięgnąć opinii i po konsultacjach na facebooku wystartowałem na komplecie poleconym mi przez znajomych i kibiców :), co kilkanaście głów to nie jedna! Wybór okazał się idealnym kompromisem na maratońską trasę, wszystkim dziękuję za trafną pomoc! :) 

Warunki panujące w trakcie wyścigu oczywiście przerosły moje hardcorowe prognozy i przypuszczenia :). W tym momencie muszę się przyznać, że jest to związane z tym….,że trochę się już odzwyczaiłem od jazdy na tak ciężkich kondycyjnie trasach. Świetnie, że ten wyścig wypadł tuż przed etapówką Beskidy MTB Trophy, gdyż stanowił dla mnie idealne wprowadzenie, dał obraz formy zarówno fizycznej, psychicznej jak i technicznej, zasiał w głowie niezbędną odrobinę respektu do gór. Dobrze było znów doświadczyć na własnym organizmie zjazdów tzw. „beskidzkimi rąbankami”, podjazdów ciągnącymi się w nieskończoność kilometrowymi piekielnie stromymi „sztajfami”, przy okazji również, przetestować tempo jazdy i poczuć jak kręcą się nogi na prawdziwie maratońskim dystansie w czwartej godzinie jazdy, a lekko nie miały. Niska temperatura oscylująca w okolicach 6-10 stopni wysysała energię z niesamowitą skutecznością, poza tym bystre rzeki lodowatej wody płynącej długimi kilometrami na zjazdach chlapiącej spod kół sprawiały, że dosłownie z zimna bolały mnie kości i skóra. Cóż takie atrakcje tylko w prawdziwych górach :).

Obok wspomnianych pewnych niedogodności oddziałujących na całe ciało, maraton z każdym przejechanym kilometrem niósł ze sobą niesamowite atrakcje dla duszy ;) Były genialne widoki, ten specyficzny zapach wilgotnego lasu, poczucie obcowania z dziką naturą i oczywiście również ogromna satysfakcja osiągana ze świadomości przejeżdżania „w siodle” morderczych metrów przewyższenia, unikania niebezpieczeństw, forsowania przeszkód na zjazdach i po prostu przełamywania własnych granic. Maraton wyszedł epicki pod każdym względem! Dla mnie kropką nad „i” dopełniającą udanej całości jest podsumowanie dnia w dzienniczku treningowym, w którym widnieje pokonana wartość 3182 metrów przewyższenia :)”

 

 

wstecz
700D