KOLARKI ROMET ZWYCIĘŻAJĄ W GÓRACH

16.07.2016

Za sprawą Kamili oraz Kasi i oczywiście również ich Rometów Huraganów kolejne dwa wyścigi szosowe zostały zapisane na konto Romet Racing Team. Nasze kolarki po bardzo udanej przygodzie z jazdą indywidualną na czas w świetnym stylu powróciły do esencji kolarstwa szosowego, czyli wyścigów o górskim charakterze. 

Tatra Road Race.

Startujący z Zakopanego Tatra Road Race zakończył się organizacyjnym sukcesem. Wyścig zaliczył bardzo pozytywny feedback w branżowych mediach otrzymał również ogromną ilość pochlebnych opinii od startujących kolarzy. Kluczem do sukcesu była sprawna organizacja, selektywna wymagająca trasa ułożona przez lokalnych szosowych zapaleńców oraz oczywiście magiczna sceneria pięknych polskich Tatr. Na starcie w Zakopanem zjawiła się Kamila. Nasza zawodniczka zmierzyła się z krótszym wariantem wyścigu. Dystans 54 kilometrów pokonała najszybciej z pośród rywalizujących kobiet.

Kamila podsumowała zmagania:

„Cały wyścig Tatra Road Race można opisać jednym zdaniem. To było prawdziwe kolarskie święto! Już wchodząc do biura zawodów, czułam jak nagromadzony stres w trakcie przebijania się zakorkowaną Zakopianką opadł. Witają mnie miłe panie, które kierują do odpowiedniej kolejki, topniejącej z mgnieniem oka. Przypinam numerki, szybka rozgrzewka i kieruję się na start. Bardzo miłym gestem organizatorów, było przypisanie pierwszego sektoru kobietom, gdzie stanęły zawodniczki z wszystkich kategorii wiekowych. Ze względu na niedzielny start w Cyklokarpatach w Wojniczu, wybrałam krótszy 54 kilometrowy dystans, na którym czekały na mnie trzy konkretne podjazdy i łącznie 1350m przewyższeń. Zaatakowałam od samego początku, ponieważ na szczycie podjazdu pod Gubałówkę znajdowała się pierwsza premia górska. Udało mi się wywalczyć przewagę nad resztą dziewczyn, więc resztę wyścigu starałam się jechać czujnie i w miarę możliwości oszczędzać siły na kolejny dzień. Ku mojemu zaskoczeniu na zjeździe dogonił mnie kolega ze wspólnych krakowskich treningów i już praktycznie do końca wyścigu motywowaliśmy się nawzajem do ambitnej jazdy. Na około 35 kilometrze, podczas podjazdu pod Bahledówkę pogoda załamała się. Zaczęło mocno wiać i lać, temperatura z 26 stopni spadła dosłownie o połowę i do samej mety utrzymywała się na 12-13 stopniach. Jazda na krótko nie należała już do przyjemnych, a na zjazdach czułam jak zamarzają mi kolana i łokcie. Aby się rozgrzać próbowałam mocniej podjeżdżać każdą napotkaną hopkę, niestety na tak stromych podjazdach, próba stanięcia w pedałach kończyła się buksowaniem tylnego koła. Mięśnie marzły coraz bardziej i zaczęły mnie łapać skurcze. Na szczęście do końca był już tylko 8 kilometrowy zjazd i krótki podjazd do mety. Mimo wszystko dojeżdżam na pierwszej pozycji wśród kobiet, zgarniając przy tym wszystkie premie górskie. Warto wspomnieć, że tuż za kreską stały panie z pysznym bezalkoholowym piwkiem w nagrodę. W biurze zawodów czekał pyszny gorący posiłek i herbatka. Chyba trafiłam do kolarskiego raju :) Warto również wspomnieć o dekoracji zawodników, którym towarzyszyły tytułowane w tym roku dziewczyny z Miss Podhala.. jak i zawodniczek, które też dostały całuski od Misterów kolarstwa ;) Za zorganizowanie tak świetnego wyścigu, należą się wielkie brawa. Ja już nie mogę doczekać się kolejnej edycji, na której na pewno się pojawię.”

Beskyd Tour beskidbike.cz

Kamila rywalizowała na rodzimych podhalańskich szosach a w tym samym czasie druga kolarka szosowa Rometu ścigała się u naszych zagranicznych sąsiadów. Kasia zaliczyła wygraną w czeskiej miejscowości Frenštát pod Radhoštěm na wyścigu Beskyd Tour. Tu również nie było lekko gdyż spory dystans 80 kilometrów został okraszony solidnymi przewyższeniami wynoszącymi ok. 1600 metrów.

Kasia zrelacjonowała rywalizację:

W drugi weekend lipca postanowiłam spróbować swoich sił na szosowym maratonie w Czechach – Beskyd Tour. Do pokonania czekała trasa 80km oraz z tego, co wyświetlił licznik, prawie 1600 metrów przewyższeń. Główna wisienką na torcie był finalny podjazd pod znaną przełęcz Pustevny. Podjazd, jeden z tych, które zostają w pamięci na lata. Kojarzyłam go jeszcze z etapówki Gracia-Orlowa, jaką jechałam tu bodaj w 2004. Więc już od jakiegoś czasu miałam w planach przyjechać tu w ramach małej retrospekcji :) Na starcie, na rynku w miejscowości Frenštát pod Radhoštěm w sumie znacznie ponad 300 uczestników. Wszyscy zostali puszczeni na trasę wspólnie. Byli też chętni na wersje trasy 180km. Peleton okazał się bardzo długi. Od samego początku bardzo wysokie tempo. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów trasa wiodła po hopkach 200-1000m długości, które jadąc zawadiackim tempem, chyba każdemu mocno wchodziły  w nogi. Po każdej hopce grupa się rozciągała i delikatnie topniała. 20 km średnia wskazuje 40,5 km/h, 30km – średnia 40,8km/h, co ja tu jeszcze robie? W tym momencie doceniłam, że było mi dane jeździć dotychczas te wszystkie szybkie wyścigi, na których płuca bez wytchnienia podchodziły do gardła. O dziwo towarzyszyło mi wręcz uczucie przypływu sił, choć przed startem wydawało mi się, że będzie na opak, tętno, choć szalało, to nogi wciąż kręciły satysfakcjonująco, Romet Huragan szedł na tych prędkościach, hopkach i szarpanym, zawadiackim tempie idealnie. Kiedy tempo pod hopki było podkręcane, widziałam jak poszczególne dziewczyny spływały do tyłu, a mi udawało się jeszcze trzymać równe tempo. Jednym z kluczowych momentów był odcinek pod wiatr, gdzie nachylenie oscylowało między 2-3%, poszedł znów mocny zaciąg ok. 35-38km/h, peleton rozciągnął się do pojedynczego sznura, trzeba było się spiąć na maksa żeby nie odpaść, nawet najmniejsze metry przerwy mogły tu oznaczać utratę kontaktu z grupą główną. Jedna z czeskich zawodniczek nie utrzymała tego przyspieszenia, została za grupą, jak się okazało była potem 2ga mecie. Następnie przed 40tym km na kilkuset metrowej hopie o znacznym nachyleniu, ok.10-15% procent peleton porwał się, męska czołówka odjechała, wtedy również i ja zabrałam się w 5cio osobową grupkę. Tak też jechaliśmy do podnóża Pustevien, gdzie towarzystwo wokół zaczęło się mieszać. W tym momencie licznik wskazywał już ponad 1000 przewyższeń w nogach. No i finał – przełęcz Pustevny. Kilka km ze średnio 7-9% w górę. Po wcześniejszej analizie podjazdu, nastawiłam się na okolice 25-30 minut pokonywania podjazdu. W tym miejscu Trzeba było już wrzucić wyłącznie swoje tempo, aby nie złapać kryzysu. Tu i tak jazda „na kole” się nie przyda. Jadę i jadę, jedno z tych uczuć podjazdu bez końca, w tym momencie przypomniały mi się te wszystkie „niekończące” podjazdy, jakie mogłam doświadczyć np. na maratonach MTB w Karkonoszach. W końcu na zniszczonym dosyć asfalcie dostrzegam napis „1km” – to chyba do mety, ależ, jaki długi wydaje się być ten ostatni kilometr… Meta przekroczona, znajomy woła, że pierwsza z kobiet, trochę niedowierzam. Na szczycie, czuć wyraźnie powiew chłodniejszego powietrza związanego z wysokością, jesteśmy ponad 1000 m n.p.m. A ja jestem mega zadowolona, jak i zaskoczona jednocześnie. Za mną dojeżdżają zawodniczki z Czech. Potem na wynikach widzę oficjalny wynik oraz bonusowo czas pokonania samej przełęczy, to było niecałe 26minut.”

 

Zdjęcia: archiwum zawodniczek, Katarzyna Bańka, Wiktor Bubniak, Edyta Lesiak

wstecz
700D