SUKCES W BESKIDACH

19.08.2016

3 dni, 4 etapy i 230 kilometrów górskiego ścigania! Za nami szosowa etapówka Road Trophy! Na starcie w Istebnej zjawiła się Kamila Biernat. Nasza zawodniczka metę wszystkich etapów osiągnęła na 1 miejscu wygrywając w ten sposób klasyfikację generalną wyścigu wśród kobiet. Beskidy kolejny raz zacnie przyjęły kolarzy. Dopisała pogoda i niekończące się podjazdy, które wszystkim startującym mocno dopiekły.

Kamila podzieliła się swoimi wrażeniami z wyścigu:

Kilka lat temu, gdy zaczęłam startować w wyścigach szosowych o Road Trophy krążyły legendy. Z wielką ciekawością podpytywałam uczestników jak tam naprawdę jest. Większość kiwało głową i używało tych samych słów „to jest masakra”, „było bardzo ciężko” jednak każdy kto ukończył był szczęśliwy i swoją historię opowiadał mi z uśmiechem na twarzy. W końcu i ja musiałam sprawdzić jak tam naprawdę jest.

W tym roku etapy były zmodyfikowane. Organizator skrócił trasy ale dorzucił kilka soczystych podjazdów. Aby ukończyć wyścig należało przejechać ponad 230 km i pokonać 5800 m w pionie. Z rozgrzewkami i rozjazdami pokonałam ponad 300 km i 6000m przewyższeń.

Pierwszego dnia rano zaserwowano nam czasówkę na Tyniok. Takie delikatne przepalenie przed kolejnym etapem, który miał odbyć się popołudniu tego samego dnia. Po porządnej rozgrzewce przystąpiłam do startu. Początek był dość płaski, więc pojechałam na maxa.. Niestety im dalej tym więcej ścianek wyrastało przede mną a ich nachylenie sięgało 10-22% trochę przystopowałam ale po takich procentach przepychanie szło naprawdę ciężko. Gdy wjechałam na metę, miałam wątpliwości, czy ja dam radę ukończyć ten wyścig.. To było tylko 6,7 km z 350m przewyższeń. Na pocieszenie dostałam informację, że mam najlepszy czas wśród kobiet.

Godzina 16:00 to start w kolejnym etapie, tym razem do przejechania 60km i 1500m po rundach. Noga podmęczona kręciła się ciężko, jednak po kilku mocniejszych podjazdach poczułam jak się rozkręcam. Dwa pierwsze okrążenia jechałam w grupie z dziewczyną z młodszej kategorii. Walczyła bardzo ambitnie, ale na podjazdach byłam mocniejsza więc spróbowałam odjazdu na kolejnej rundzie. Dzięki mocnym zmianom kolegi Tomasza z Uklejna Myślenice udało się zrobić kilku minutową przewagę i po raz kolejny dojechać na pierwszym miejscu.

Szybkie czyszczenie sprzętu, wymiana wrażeń z innymi kolarzami, pakowanie i powrót do hotelu. Następnego dnia zacznie się prawdziwe ściganie, a czasu na regenerację ubywa. Plan był idealny gorący prysznic duża kolacja i spać.. Niestety tak gładko nie poszło. Stres i zmęczenie po wysiłku nie dawały spokoju, nie wspominając o imprezujących nade mną lokatorach.. Upragniony sen przychodzi o 4 rano.

9:00 pobudka, bardzo cieszę się, że kolejny start zaczyna się o 11:00. Porządne śniadanie, rzut okiem na profil trasy i rozplanowanie posiłków. Dziś królewski etap przebiegający drogami Polski, Czech i Słowacji z 2100 m w pionie, na 97 km trasy.  Przez niewyspanie i 4 minutowy zapas czasu, decyduję się na spokojniejszą jazdę z dziewczyną, która w klasyfikacji jest druga. Jest ona bacznie pilnowana przez kilku kolegów z teamu, zabieram się z nimi i wykonuję swój plan już od pierwszego podjazdu. Mimo motywacji w peletonie jest naprawdę ciężko. Strome podjazdy coraz bardziej maltretują mięśnie a dziurawe, szybkie zjazdy, dochodzące do 90 km/h zmuszają do utrzymywania koncentracji na najwyższym poziomie. Na ok 53 kilometrze rywalka niefortunnie wpada tylnym kołem w dziurę, co kończy się dla niej złapaniem kapcia. Wołam jej kolegów z teamu, część zostaje do pomocy, reszta jedzie dalej i zabieram się z nimi. Utrzymujemy dość spokojne tempo, aby na jutro zostało dużo sił, jednak na mnożących się kilkunastoprocentowych stromiznach i tak konkretnie cierpimy. Do mety dojeżdżamy szczęśliwi, nawet pokusiliśmy się o finisz pod Złoty Groń, gdzie średnie nachylenie wynosiło 11%. Nadal utrzymuję pozycję liderki.

Ostatniego dnia można było zauważyć niezłe przerzedzenie w peletonie. Niestety wczorajszy, najtrudniejszy etap zbierał żniwa zarówno na zmęczonych kolarzach, jak ich bardziej lub mniej pechowo zdefektowanym sprzęcie. Na szczęście koleżanka, która wczoraj złapała gumę ukończyła etap i dziś na w pełni sprawnym rowerze pojawiła się na starcie. Ciekawiła mnie nasza dzisiejsza rywalizacja ale po pokonaniu kilku kilometrów zauważyłam, że jest już bardzo zmęczona. Ja czułam świeżość, więc nie kalkulując stwierdziłam że trzeba dać z siebie wszystko. Razem z trzema chłopakami narzuciliśmy mocne tempo i odjechaliśmy do drugiej grupy, w której znaleźli się wczorajsi towarzysze z peletonu. Znowu było wesoło i motywująco ale również tu nikt nie miał zamiaru się obijać. Góry podjeżdżaliśmy mocno a na wypłaszczeniach i mokrych, zabłoconych zjazdach musiałam nieźle się napracować aby utrzymać się w peletonie. Po czeskiej stronie poniedziałek był zwykłym dniem pracującym i na trasie trwała wycinka drzew. Trzeba było bardzo uważać aby na stromych zjazdach nie wylecieć z zakrętu. Niektórym się nie udaje, ja kończę wyścig szczęśliwie, wygrywając klasyfikację generalną!”

wstecz
700D