SZUTROWY KLASYK W POLANICY ZDRÓJ

11.05.2016

Druga tegoroczna edycja cyklu Bike Maraton zawitała do Polanicy Zdrój. Po rozgrzewkowej Miękini, Maciej Grabek - organizator imprezy postawił poprzeczkę nieco wyżej. Zawodnikom tym razem przyszło się zmierzyć z pierwszą górską trasą. Charakter wytyczonej w Górach Bystrzyckich pętli nie należał jednak do najcięższych, mimo tego rywalizacja była kompletna i selekcji nie brakowało. Wydolność kolarzy należycie przetestowały długie szutrowe partie podjazdów o średnim nachyleniu, poprzetykane ciekawszymi fragmentami zjazdowymi, gdzie uzupełniająco próbie poddane zostały również umiejętności oraz sprzęt.

Na najcięższym dystansie Giga - 72 km, 1700m przewyższenia, reprezentował nas Bartek Janowski, który metę osiągnął na 3 miejscu Elita/Open -

„Ufff, ciężko było, a nawet nie spodziewałem się, że tak będzie :). Trasa w Polanicy Zdrój subiektywnie należy do tych łagodniejszych. Długie wydawałoby się niedokuczliwe szutrowe leśne autostrady ciągną się tu w nieskończoność. Właśnie to one mnie najbardziej wymęczyły tym razem podczas Bike Maratonu, o czym za chwilę… .

 Od startu dla mnie było ok. Pierwszy podjazd momentami bardzo stromy ciągnął się przez ok. 8 kilometrów. Był świetny, rozciągały się z niego genialne widoki (za to uwielbiam prawdziwe maratony MTB), złapałem na nim dobry bezbolesny rytm a dodatkowo bezstresowo ułożyła się stawka, na której czele znalazłem się ja i Michał Ficek - VW Samochody Użytkowe MTB Team.  Niemal wymarzony scenariusz, jednak do mety było jeszcze ponad 60 kilometrów :).

 Na pierwszej pętli współpracowałem z Michałem, a w oddali za nami pędziła czołowa grupka zawodników z dystansu Mega oraz rywal z Giga Przemysław Ebertowski - KING OSCAR GNIEWINO. W tym miejscu dla mnie pojawił się problem, ponieważ okazało się, że długie proste szutrówki mi nie sprzyjały tym razem, moje zmiany szły opornie i generalnie nie jechało mi się tak jakbym sobie tego życzył. Cisnąłem intensywnie, jednak para szła jakby w gwizdek ;). Trochę to dziwne biorąc pod uwagę fakt, że w Miękini mocy do walki z długimi prostymi i wiatrem miałem, co niemiara, ale cóż, czasami i tak bywa. Efekt był taki, że pod koniec drugiej pętli, gdy jechaliśmy już w trójkę razem z Przemkiem w pewnym momencie po ataku Michała na wrednym kawałku prowadzącym pod wiatr lekko puściłem koło. Chwila zawahania, patyk w kole, sekundowy problem z wyprzedzeniem zawodników krótszego dystansu i rywale odskoczyli. Do mety starałem się walczyć. Oczywiście przemierzając bezgraniczne szutrowe proste odliczałem każdą sekundę wysiłku, a dwójka rywali zniknęła z pola widzenia. Kto z Was zna ten ból? :D To był ich dzień!

 Na dobicie tuż przed metą spowolniony zamieszaniem zawodników z krótszych dystansów fiknąłem na główkę przez kierownicę z wysokiej betonowej studzienki, która znajdowała się tuż przy trasie. Kto przy zdrowych zmysłach wmurowuje betonową studzienkę w lesie?! :) Szczęśliwie zdjęcia z tego wydarzenia jeszcze chyba nigdzie nie wyciekły, a musiałem wyglądać, co najmniej śmiesznie, choć sytuacja do śmiesznych nie należała, co podkreślili licznie zgromadzeni w tym miejscu kibice wypytujący „czy przeżyłem i czy wszystko jest OK?”  ;) Na metę zajechałem na 3 miejscu. Wynik OK, jednak pozostaje niedosyt, na następny raz będę się starał zrewanżować!”     

Dominik Grządziel zmierzył się z pętlą Mega – 48 km, 1200 m przewyższenia. W rywalizacji uplasował się na 4 pozycji w kategorii M3 (7 Open) –

„Na Bike Maratonie pojawiły się podjazdy! Nie są to jeszcze wyciskacze potu i łez, ale noga już lekko zapiekła… :) Malownicze tereny do jazdy zapewniła nam uzdrowiskowa miejscowość Polanica Zdrój. Trasa wyścigu na pętli mega składała się z dwóch dłuższych podjazdów, przedzielonych gonitwami po płaskich i pofałdowanych odcinkach szutrowych, a gdzieniegdzie trafił się nawet kawałek fajnego zjazdu.

Na rozbiegówce po centrum miasta trochę zostałem z tyłu – tzw. klasyka :) - i na pierwszym podjeździe musiałem nadrabiać. Udało się wskoczyć do czołowej 10tki, może nawet 5-tki zawodników, po drodze wyprzedzając kilka znanych nazwisk, m.in. dwóch mistrzów świata… :) Była to jednakże krótkotrwała wiktoria, gdyż, kiedy tylko droga lekko się wypłaszczyła ponownie straciłem kilka pozycji. Po unormowaniu tętna do wartości <180 uderzeń :) zacząłem jechać przysłowiowe „swoje”, gonić uciekających rywali i uciekać przed zgrają wygłodniałych wilków!

Pierwszy podjazd skończył się szybko, po zaledwie 30 min. jazdy. :) Na jego szczycie połączyłem się z Rafałem Adamczykiem i z moimi serdecznymi ziomkami z Wrocławia: Michałem Antoszem i Piotrkiem Burdzikiem (oba konie z dystansu giga). Kilka kilometrów jechaliśmy razem, ale na stromym podjeździe w terenie nasza grupka się porwała. Gdzieś tam w między czasie doleciał do nas mistrz świata: Marcin Kawalec, ale jak na prawdziwego mistrza przystało nie był zainteresowany wspólną jazdą i zostawił mnie i Miśka na pastwę losu i trasy. Dobrze, że nie zabrał ze sobą mojego sympatycznego kolegi w żółtym stroju, gdyż jazda z Miśkiem, a w zasadzie za nim uratowała mój tyłek na wszystkich fragmentach, które nie wiodły ewidentnie do góry. Sapałem za nim straszliwie i gdyby nie on, to pewnie do tej pory bym jechał po tych niekończących się szutrówkach z wystającymi kamieniami…

Na rozjeździe tras Michał pojechał na II pętlę, a mi zostało 10 km do mety, głównie w dół. Nie spodziewałem się już żadnych zmian w wynikach, w zasięgu wzroku nie było przede mną i za mną nikogo. Wilki jednak nie ustawały w gonitwie, a najbardziej zajadły z nich był nie, kto inny, jak Mateusz Zoń, który po przecierpieniu pierwszej godziny jazdy wrócił na właściwe tory i mocno finiszował. Mateusz przeszedł mnie jak przysłowiowy wózek z gno… tzn. z węglem i poleciał do mety, po drodze wyprzedzając jeszcze jednego rywala – SIC!

Ostatnie kilometry wiodły fajnym technicznym zjazdem. Pod jego koniec, kiedy do mety został tylko 1 kilometr za moimi plecami pojawiło się jeszcze dwóch rywali. Nie dałem im już jednak satysfakcji i mocno finiszując uzyskałem kilkanaście sekund przewagi i na 7-mym msc open (4-tym w M3) zameldowałem się na mecie.

Po jej przekroczeniu byłem zadowolony z wyniku i jazdy. Po otrzeźwieniu nadeszła jednak refleksja, że nie wykonałem planu minimum, jaki założyłem sobie na starty w Bike Maratonie i za bardzo się męczyłem na płaskich fragmentach trasy. Lekarstwem na te dolegliwości będą kolejne bodźce treningowe, które miejmy nadzieję zapunktują na następnych wyścigach. :)”

wstecz
700D